Październik 29

Wszystko zaczęło się późną jesienią ubiegłego roku. Niemal tak, jak ubywało słonecznego światła, stopniowo gasł mój zapał do starannego dobierania i uwieczniania tego, co akurat mam na sobie, pisania kolejnych postów, odpowiadania na komentarze, inspirującego zaglądania w różne mniej lub bardziej lubiane dotychczas zakamarki blogosfery… Krótko mówiąc, cała ta zabawa w blogowanie zaczęła mnie nudzić i męczyć.

Zmęczyła mnie również trochę moja dotychczasowa barwna wyrazistość, skupiająca uwagę ludzi wokół. Miałam więc ochotę na jakiś czas zniknąć nie tylko wirtualnie. Z szafy wychynęły więc czernie, szarości, ciemne zielenie, granaty, biele, beże i brązy. Trochę w stylu retro, według własnej interpretacji pięknych projektów Ivey Abitz.

I trwałabym tak sobie pewnie nadal cicho i bezpiecznie, gdyby nie to zdjęcie, pochodzące z bloga Wielosmaki, cudownie barwnej, pełnej energii Izyraj. Na jego widok aż do bólu zatęskniłam za kolorami, wzorami oraz estetycznymi smakami ze wszystkich stron świata. I do dawnej siebie… To pierwsze „pęknięcie systemu” było na tyle silne, że wkrótce nastąpiły kolejne. Znów więc szukałam swej myśli przewodniej, tym razem chcąc twórczo połączyć wszystkie dotychczasowe doświadczenia.

I wtedy odkryłam radosny świat szwedzkiej projektantki Gudrun Sjödén. Kolejne kawałki układanki, które chciałam zabrać ze sobą w tę podróż, trafiły wreszcie na swoje nowe miejsce. Natomiast przysłowiową „kropką nad i”, a zarazem początkiem prywatnej międzykulturowej przygody, stała się pierwsza wizyta na blogu Wrapunzel.

Skoro zaś nabrałam życia i kolorów, zachciało mi się również coś o tym napisać. Co prawda znów musiało minąć nieco czasu, by myśl przerodziła się w czyn. Nie, nie jest to jednak wielki powrót do blogowania, niczego nie chcę więc obiecywać ani Wam, ani nawet samej sobie. Tymczasem kilka fotek na dowód, że żyję i nie zniknęłam tak zupełnie…

Podobne wpisy