Dziwny dzień…

Filed in Kamizelka, Kolczyki, Szarawary by on 26/01/2012 2 komentarze

Moje codzienne życie toczy się na ogół spokojnie i bez większych wstrząsów. Ale nawet mnie, jak chyba każdemu, od czasu do czasu zdarzają się takie jakby trochę inne dni. I tak właśnie było dzisiaj. Niby nie wydarzyło się nic, no, może prawie nic nadzwyczajnego, ale podobno diabeł tkwi w szczegółach…

Zaczęło się od tego, że rano zastałam w wannie dorodnego pająka. Bynajmniej nie mam arachnofobii i szanuję te pożyteczne zwierzątka. Jestem jednak trochę przesądna, a zgodnie z pewną ludową wróżbą, spotkanie z pająkiem przed południem oznacza przykrą niespodziankę. Pomimo wszystko, wypłaszając nieproszonego gościa pomyślałam sobie, że pajączek nie jest znowu aż taki duży, więc to pewnie będzie jakiś drobiazg, którego być może nawet nie zauważę.

Jednak już po drodze na przystanek autobusowy o mały włos nie zgubiłam jednego z moich ulubionych kolczyków. Na szczęście jest całkiem sporych rozmiarów i w dodatku metalowy, więc spadając na chodnik, narobił odpowiednio dużo hałasu. Kiedy niemalże biegiem pokonywałam Plac Zamkowy w drodze do pracy, bo byłam już nieco spóźniona, przed kamienicą biblioteczną zatrzymała się śmieciarka. Żeby nie nadkładać drogi, postanowiłam ją ominąć jak najmniejszym łukiem. Gdy byłam tuż przed maską pojazdu, kierowca wysiadł, by pomóc swojemu współpracownikowi w ładowaniu pojemników na podnośnik. Jednak chyba niedokładnie zaciągnął ręczny hamulec i samochód zaczął nieznacznie zsuwać się w moją stronę po pochyłości placu, wyłożonego na dodatek kocimi łbami. Na szczęście śmieciarz odpowiednio szybko zorientował się w sytuacji, bo ja byłam tak zaskoczona, że nie zdążyłam nawet wydać z siebie żadnego dźwięku. Nie muszę chyba mówić, że do pracy dobrnęłam na trzęsących się nogach.

Gdy jakiś czas później sprawdzałam pocztę mailową, natknęłam się na nieco zaskakujący komentarz do poprzedniego posta. Ale najdziwniejsze wydarzenie dnia miało miejsce, gdy wracając do domu zajrzałam do nowo otwartego lumpeksu niedaleko przystanku autobusowego. Sklepik jest malutki, ale ciasno napakowany ciuchami, więc trzeba poświęcić chwilę, by dokładniej je obejrzeć. W pomieszczeniu, oprócz ekspedientki oraz kilkunastoletniego chłopca, pomagającego jej, a raczej przeszkadzającego, w prasowaniu ciuchów z nowej dostawy, kręciło się jeszcze kilka osób.

W pewnym momencie z impetem wpadł do sklepu młody mężczyzna. Rozejrzawszy się pobieżnie i pogrzebawszy przy kilku wieszakach, zaczął wygłaszać, właściwie nie wiadomo do kogo, dziwne uwagi na temat oglądanych rzeczy. Początkowo ekspedientka starała się spokojnie odpowiadać na jego dosyć chaotyczne, a chwilami wręcz bezsensowne pytania. Ale dziwny klient, najwidoczniej nieusatysfakcjonowany i coraz bardziej rozdrażniony, zaczął sypać wyzwiskami i to nie tylko w stronę tej kobiety, ale i wszystkich obecnych w lokalu.

Przestraszona i zdenerwowana sprzedawczyni spróbowała wyprosić go za drzwi, ale to tylko jeszcze bardziej go rozjuszyło. Zagroziła więc wezwaniem policji. Wtedy krzyknął, że gdy to zrobi, on zacznie strzelać. Raczej nie miał przy sobie broni, trudno jednak przewidzieć, co byłby zdolny zrobić. Gdy stojąca obok niego starsza pani stanowczym tonem kazała mu się uspokoić i nie robić awantur, powiedział, że w domu ma wiecznie awantury, bo to jedyne, czego jego rodzice go nauczyli. Z tymi słowami zamachnął się, by uderzyć staruszkę. Na szczęście głośna reakcja ze strony wszystkich obecnych zdołała go wreszcie wypłoszyć. Biedna ekspedientka aż się poparzyła, tak jej się ręce trzęsły jeszcze dłuższą chwilę po jego wyjściu.

Teraz, gdy o tym myślę, sama nie wiem, co sądzić o całym zdarzeniu. Ten, niewątpliwie niepoczytalny, człowiek być może rzeczywiście mógł zrobić komuś krzywdę. Ale z drugiej strony patrząc, kto wie, jakie domowe piekło na co dzień przechodzi… Uciążliwych i nieprzyjemnych niespodzianek dnia dopełnił mój stareńki telefon komórkowy, który już poważnie daje mi do zrozumienia, że czas na zmianę, bo co najmniej kilka razy wyłączał się bez uprzedzenia, lub odmawiał wysyłania wiadomości. Na szczęście, gdy wróciłam wreszcie do domu, limit osobliwości chyba już się wyczerpał, pozwalając mi wytchnąć w błogim spokoju. Chociaż może nie powinnam tego pisać, bo, tfu, tfu i odpukać w niemalowane drewno, dzień się przecież jeszcze nie skończył…

szarawary – Ganga
tunika – lumpeks
bluzka – bazarek pod Uniwersamem
kamizelka – od ślubnego garnituru Taty
naszyjnik – Shiva i twórczość własna
pierścionek – India Market
kolczyki – I am, %
buty – Ambra

Podobne wpisy

Tags: , ,

Comments (2)

Trackback URL | Comments RSS Feed

  1. Antica napisał(a):

    Co do panowania nad własnymi emocjami, to w pełni się z Tobą zgadzam. Ale wydaje mi się, że w jego przypadku to nie były tylko emocje. Jakaś nierozładowana trauma spowodowała głębokie zaburzenie psychiczne. A komentarz… Cóż, każdy ma prawo do własnego zdania i gustu… Kwestia tylko, w jakiej formie się je wyraża. Ja, gdy coś mi się u kogoś na blogu (i nie tylko) nie podoba, staram się być jak najdelikatniejsza, albo w ogóle pomijam drażliwy temat. W myśl zasady: nie czy drugiemu, co tobie niemiłe. A szarawary to jeszcze nie te najcieplejsze. Ja przez całą zimę chodzę w kozakach prawie do kolan. Świetnie się mieszczą pod szarawarami, dzięki gumkom na dole nogawek. Spróbuj, to naprawdę bardzo wygodne. 🙂

  2. gryziolki napisał(a):

    cóż.. dziwne dni tak niestety mają do siebie że jeśli coś się wydarza to zazwyczaj hurtowo. Chociaż typ ze sklepu z ciuchami z lekka przerażający. Emocjonalne dziecko, bo to że rodzice nie nauczyli go niczego dobrego nie zwalnia go z odpowiedzialności za to co robi w stosunku do innych – wiadomo zawsze najłatwiej zrzucić winę na kogoś. „Wiecznie awantury” w domu rodziców przeniesie na „wiecznie awantury” w swoim własnym… A przecież w życiu jeśli człowiek jest dorosły (co nie jest równoznaczne z posiadaniem dowodu osobistego w kieszeni – nic z tych rzeczy) może wybierać i panować nad tym co robi zamiast ślepo rzucać się „emocjami” wyniesionymi z rodzinnego wychowania. To takie trochę użalanie się „a bo miałem trudno, bo rodzice, awantury”. A kto miał łatwo?
    Niemniej życżę ci jak najmniej takich typów w życiu i takich komentarzy jak pod poprzednim postem.
    Szarawary boskie – ja zimą nie mam jak nosić – nie mam stosownych niskich butów 😉

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *